niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział 29



A/N: Udało się!  Wiem, wiem... poślizg 2 tygodnie miałam bo obiecałam w styczniu rozdział ale tak to jest jak wen niedomaga i pracuje się na zmiany w każdy dzień :/ No ale udało się chociaż ciężko było i myślałam, że nie dam rady. Zatem miłego czytania.

**Chandni**


Antarktyda – Wyspa Króla Jerzego
    
- Mayday… mayday… – w eter poszedł przerywany przekaz. Mężczyzna, który go nadał spojrzał w niebo i zrobił znak krzyża. Miał tylko nadzieję, że pozostali wykonają swoje zadanie. Siedział oparty o zanurzony w śniegu kadłub samolotu, którym przylecieli zaledwie półgodziny temu. Ledwie zdążyli wysiąść, gdy zostali zaatakowani przez ludzi Jugodina. Wszystko wydarzyło się tak szybko…
- Za szybko… - szepnął i zakaszlał. Otarł dłonią kącik warg i dostrzegł krew. Jego koniec był bliski. DiPiatze spojrzał wokół siebie. Dwóch agentów leżało w śniegu zabitych. Trzech najemników też zginęło, lecz czterech innych wciąż żyło i niebezpiecznie zbliżało się do niego.
- Nie trzeba było tu przylatywać, klecho – zakpił jeden z najemników mający ciężki rosyjski akcent – Władza należy do nas.
 - Władza należy tylko do Boga – usłyszeli nagle czyjś głos i po chwili DiPiatze zobaczył jak ciała czterech najemników przeszywają ostrza mieczy. Po chwili wszyscy padają martwi na ziemię. Oczom watykańskiego zakonnika ukazali się czterej mężczyźni ubrani w typowe stroje dostosowane do warunków pogodowych i klimatycznych. Kiedy się zbliżyli, zauważył u każdego z nich na rękawie kurtki, naszywki z emblematami stacji polarnych.
 - Kim… - DiPiatze zakaszlał i mocniej przycisnął dłoń do krwawiącej rany.
 - Czy to prawda? – jeden z mężczyzn wyciągnął z kurtki telefon i pokazał zakonnikowi zdjęcie – On jest Danym od Boga? – zapytał. DiPiatze wahał się z odpowiedzią. Wtem jego wzrok przykuł sygnet na dłoni mężczyzny – sygnet z symbolem krzyża templariuszy przeoranego Gwiazda Dawida.
 - Jesteście potomkami Misjonarzy – powiedział uśmiechając się lekko – Strzeżecie… - zakaszlał i z bólu jęknął. Nie miał siły już walczyć – Nadszedł czas byście mu pomogli… - spojrzał na nich, po czym wziął ostatni w swoim życiu oddech i zamknął oczy.
 - Spoczywaj w pokoju, bracie – powiedział mężczyzna, po czym odwrócił się do współbraci – Nadszedł czas – oznajmił.


Valparaiso – Chile  

         Stała przy brzegu, w porcie, wpatrując się w łagodnie szumiące fale oceanu. Na wprost był bezmiar głębin a za nią rozciągało się tętniące, jeszcze o tej porze dnia, miasto. Miała na sobie bawełniane szorty do połowy ud, trampki i koszulkę z rękawkiem. Czarne włosy splotła w warkocz, a na plechach miała niewielki plecak. Wyglądała jak typowa turystka, która przybyła tu na odpoczynek z obcego kraju, bo chociaż perfekcyjnie mówiła po hiszpańsku to jednak angielski akcent zdradzał iż nie jest krajanką. Delikatna bryza owiewała jej jasną skórę, muskając delikatnie niczym dłonie ukochanej osoby. Cichutkie jęknięcie wydobyło się gdzieś z jej głębi. Miała chwilę by się rozsypać i pozwolić na odrobinę słabości, która ostatnio była niczym luksus dla nich wszystkich a wiedziała doskonale, że to dopiero początek. Tak bardzo chciała by to wszystko już się skończyło, by mogli do siebie wrócić i cieszyć się sobą tak normalnie i zwyczajnie jak to powinno być między dwojgiem zakochanych w sobie ludzi. Ale zamiast tego przypłynęła właśnie do Valparaiso, miasta w środkowej części Chile, leżącego u podnóża Andów, w towarzystwie zakonnika Pugnus Dei Darrena Kristssena i agenta Icarusa Alaric’a Boyd’a. Spojrzała przez ramie; jej towarzysze  właśnie rozmawiali z miejscowym marynarzem i czekali na przybycie Loli. Lola miała być ich przewodniczką po mieście, a przede wszystkim miała im dostarczyć niezbędnych informacji dotyczących poczynań Zgromadzenia, które też przybyło do tego miasta. A poza tym, jakby to wyglądało; jedna dziewczyna w towarzystwie dwóch mężczyzn? Od razu padłyby podejrzenia na nich. Na czas podróży Darren postanowił zdjąć habit i tylko specyficzny sygnet mógł zdradzać iż nie jest zwykłym cywilem.
 - Hej, Piękna! – zawołał na nią Alaric. Mężczyzna był po czterdziestce, wysoki i dobrze zbudowany a na dodatek był przystojny niczym z brazylijskiej telenoweli, dlatego był poza jakimikolwiek podejrzeniami o szpiegostwo, chociaż właśnie tym jeszcze niedawno się zajmował. Susan westchnęła i ruszyła w stronę SUV’a jaki właśnie podjechał.
         Po krótkim przedstawieniu siebie nawzajem, ruszyli w drogę do miasta by ulokować się, w mało rzucającym się w oczy, motelu.
 - Miałaś kontakt z Centralą? – zapytał Darren spoglądając na latynoskę wyczekująco.
 - Tak – odparła niezadowolonym tonem – Odebrali sygnał ‘Mayday’ od ekipy księdza DiPiatze. Udało im się wylądować ale zaraz po opuszczeniu awionetki zostali zaatakowani.
 - Kurwa – wymsknęło się Boyd’owi, natomiast Darren wykonał znak krzyża i spojrzał ponownie na kobietę.
 - Coś jeszcze? – dopytywał, bo wiedział, że była dalsza część.
 - Czy wasi Misjonarze mogli zostawić na straży tych artefaktów swoich potomków? – zapytała rzucając szybkie spojrzenie na zakonnika.
 - Mogli – Susan odezwała się z tylnego siedzenia – Wyszli z ukrycia? – zapytała i spojrzała zdziwiona bowiem od trójki towarzyszy uzyskała zdziwione lecz pełne uznania spojrzenia – No co? – wzruszyła ramionami.
 - Nic – odparł rozbawiony Boyd. Musiał przyznać, że podobało mu się nastawienie dziewczyny, która była cholernie zdeterminowana by aktywnie brać udział w misji.
 - Załatwili ludzi Zgromadzenia na Antarktydzie. Wiem również, że skrzyżowali swe miecze z karkami chłopaków w Rosji – przekazała zatrzymując samochód na światłach.
 - Znaczy, że obserwują nas – uświadomiła sobie Susan, zapatrując się w szybę i widok za nią.
 - Co to dla nas oznacza? – dopytywała Lola, która była kobietą średniego wzrostu, o przeciętnej urodzie i raczej chłopięcym stylu bycia.
 - Że będziemy mieć dodatkowe wsparcie – oznajmił Darren.
 - Myślisz, że będą chętni do współpracy? – zdziwiła się Lola, sprawnie prowadząc samochód i analizując zebrane informacje.
 - Przekonamy się. Z bożą pomocą wszystko jest możliwe – odpowiedział Darren z nikłym uśmiechem na twarzy.
 - A Zgromadzenie? – podjął temat Boyd. Wiedział, że każde z nich chciało wiedzieć jak się maja te sprawy.
 - Przybyli tu rano, ulokowali się na drugim krańcu miasta, bliżej gór i rozpytywali mieszkańców na temat lokalnych zabytków – oznajmiła Lola.
 - Wiedzą czego maja szukać? – zapytała nagle Susan, no co odpowiedział nieco rozbawiony Boyd:
 - A my wiemy?
 - Wiemy – odparła nieco kąśliwie Susan i posłała mu ostre spojrzenie – Ale nie będziemy niczego szukać. Spróbujemy na wiązać współpracę z Misjonarzami – oznajmiła po namyśle.
 - Oho, ktoś ma plan działania. Dziurawy i to sporo – zauważył złośliwie i wysiadł z samochodu, bowiem właśnie dotarli pod motel. Susan również wyskoczyła z samochodu jak oparzona i zaszła mu drogę.
 - Myślisz, że jest mi przyjemnie być tu z wami zamiast z Nathanem? Ja również chciałabym mieć lepszy plan ale w tej sytuacji się nie da – mówiła ostrym tonem, starając się nie podnosić głosu – Improwizujemy, do cholery ciężkiej, a ja jestem tak nieludzko przerażona, że nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Dla ciebie to szkółka niedzielna – dźgnęła go palcem w pierś – Zgromadzenie chce artefaktów, które mogą doprowadzić do zagłady naszego świata i może nie jestem Larą Croft, to jednak zrobię co w mojej mocy by temu zapobiec – dodała, odwróciła się na pięcie i wmaszerowała szybko do recepcji by odebrać klucze od pokoju, który miała zajmować z Lolą.

***
         - Jak się masz? – zapytała Lola, gdy obie zostały same w pokoju i rozpakowały najpotrzebniejsze rzeczy.
 - Trzymam się – odpowiedziała Susan znad laptopa. Przeglądała właśnie mapę Google Earth i notatki jakie sporządziła dla siebie podczas długich narad w Lourdes.
 - Nieźle mu przygadałaś – przyznała z aprobatą – Takim jak on trzeba ucierać nosa – prychnęła.
 - Wiem, że plan jest dziurawy ale nie aż tak. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać na nawiązanie kontaktu ze strony Misjonarzy – odpowiedziała, lekko się uśmiechając i spoglądając na Lolę.
 - Bardzo go kochasz – zauważyła Lola – W naszym zawodzie to niebezpieczne ale takim ludziom jak ty zazdroszczę tego…
 - Jak widzisz nie ma czego – oznajmiła ponuro Susan – Ale jeśli tylko przeżyjemy to nie mam zamiaru pozwolić mu odejść – dodała stanowczo.
 - Jesteś silną kobietą, Susan – bez pukania do pokoju w paradowali mężczyźni. Alaric wyszczerzył się w uśmiechu.
 - Twoje ego ucierpiało gdy wytknęłam palcem, że bierzesz udział w szkółce niedzielnej? – prychnęła Susan posyłając mu kpiące spojrzenie – A teraz jeszcze komplement… przynieść lodu? Twoje ego musi być bardzo posiniaczone.
 - Och, ktoś tu ma cięty języczek – zakpił Alaric, siadając wygodnie na krześle. Wolał nie siadać obok wkurzonej dziewczyny – Nie bój się maleńka, moje ego przetrzyma twoją ciętą ripostę do końca ekspedycji.
 - Powinniśmy się przespać – zaproponował Darren, zmieniając temat na bardziej pasujący do sytuacji.
 - Biorę pierwszą wartę – oznajmił Boyd, unosząc dłoń do góry.
 - To dobrze, bo nie usnęłabym słysząc za ścianą głośne chrapanie – powiedziała słodko Susan, niewinnie i słodko uśmiechając się do agenta.
 - Ja nie chrapię! – obruszył się – Nie chrapię! – wykrzykiwał, gdy Darren wyprowadzał go z pokoju.
 - Dobrej nocy – rzucił zakonnik, zamykając za nimi drzwi.

***

         Susan zeszła na dół do automatu z napojami, który wcześniej widziała. Trzy godziny wierciła się na swoim łóżku nie mogąc zasnąć, aż w końcu skapitulowała i oznajmiła Loli, że idzie na dół, do recepcji, gdzie widziała w automacie butelkę z mlekiem. Miała zamiar podgrzać je w mikrofali, która była na wyposażeniu ich pokoju i wypić w nadziei, że ciepłe mleko pomoże jej się zdrzemnąć chociaż chwilę. Lola chciała od razu z nią iść ale Susan zapewniła, że nie potrzebuje opiekunki bo nic się przecież nie stanie. Przecież recepcja była zaledwie dwa piętra niżej, a okolica bardzo spokojna.
I tak też było. Recepcjonista drzemał za ladą, drzwi wejściowe były zamknięte, a maleńki telewizor nadawał ostatni lokalny program nocny. Duży wiatrak leniwie kręcił się pod sufitem ledwie dając jakiekolwiek ochłodzenie. Susan lekko uśmiechnęła się na ten widok. Podeszła do automatu, wrzuciła pieniążka i nacisnęła guzik.
 - Działaj tylko – błagała szeptem zdesperowana. Chciała chociaż trochę się wyspać by być w formie rano, a bez snu to nie mogło przejść. Dlatego gdy butelka z brzękiem spadła do podajnika, chwyciła ja szubko i pośpiesznie zawróciła w stronę drewnianych, skrzypiących schodów, które były pogrążone w półmroku. Zdążyła postawić jedną stopę na stopniu, gdy nagle ktoś ją zaszedł od tyłu, jedną ręką oplótł jej pierś a drugą przysłonił usta by nie krzyknęła. Susan zdrętwiała; strach na chwilę zawładnął jej ciałem lecz szybko odegnała przerażenie i pozwoliła by lekcje samoobrony Darrena nie poszły na marne. Jedna ręką chwyciła dłoń napastnika, która zakrywała jej usta i mocno wygięła, nogę podkurczyła i gwałtownie opuściła uderzając piętą w stopę napastnika, który nieco zwolnił uchwyt na jej tułowiu. Wykorzystując sytuację, szybko okręciła się i zamachnęła butelką z mlekiem. Niestety napastnik odzyskał rezon i przewidział jej ruch; chwycił za butelkę i wyrwał jej z ręki.
 - Nie jestem wrogiem – warknął szeptem po angielsku – Ponoć szukacie nas – dodał nieco spokojniej i ku zaskoczeniu Susan, oddał jej butelkę z mlekiem. Dopiero wtedy Susan dostrzegła sygnet na dłoni mężczyzny, który mógł być niewiele starszy od niej.
Sygnet przedstawiał krzyż templariuszy przeorany gwiazdą Dawida - Jestem Diego i mamy problem – szepnął.
Susan rozejrzała się po schodach i holu i kiedy była pewna, że ich mała walka nie została zauważona przez nikogo – właściciel dalej pochrapywał na bujanym krześle za ladą – skinęła głową i poprowadziła na górę do pokoju. Po drodze zastukała do Darren’a i Alaric’a by przyszli.

         - Wiec jesteś potomkiem Misjonarzy. Templariusz, Bożogrobcow czy… - Alaric stał ze skrzyżowanymi ramionami opierając się o drzwi, jakby pilnując by przybysz nimi nie wyszedł.
 - Po prostu Misjonarz – Diego wzruszył ramionami – Dostaliśmy informacje od współbraci ze stacji badawczej na Antarktydzie, że nadszedł czas by wkroczyć do akcji. Cały czas obserwowaliśmy poczynania Zgromadzenia Czeszek czekając tylko na to kiedy Fanatyk zechce tej władzy dla siebie – tłumaczył cierpliwie, siedząc na krześle, niczym podczas przesłuchania.
 - Czy wiedzieliście o Nathanie? – zapytała Susan ze ściśniętym sercem – Wiedzieliście, że mogą go skrzywdzić? – w tym pytaniu można było wyczuć żal i złość zranionej, zakochanej kobiety.
 - Nie byliśmy pewni czy to on; czy to Nathan Carter jest Danym od Boga, o którym było nam przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nigdzie nikt nie notował obietnicy jaką złożyli nasi przodkowie, ani nikt nie zapisał dokładnej historii. Oni też nam jej nawet słownie nie przekazali. Uczyli nas, z pokolenia na pokolenia, jak chronić święte artefakty, gdzie przenieść w razie nagłej potrzeby i że nadejdzie dzień, który właśnie nadszedł…. – odpowiedział.
 - Dzień, w którym wyjdziecie z ukrycia i przyłączycie się do walki ze złem – odgadł Darren wtrącając się do rozmowy.
 - Widzę, że i Pugnus Dei przyłączyło się do walki – Diego wskazał palcem sygnet zakonnika.
 - Nico… Nathaneal jest dla mnie jak młodszy brat i chcę bożej sprawiedliwości dla tych bestii – oznajmił Kristssen, z determinacją wypisana na twarzy – Ale nie dlatego przychodzisz. Coś się stało, prawda?
Latynos opuścił głowę. Jego gęste kręcone, długie do ramion włosy przysłoniły mu posępny wyraz twarzy. Mężczyzna wziął głęboki wdech.
 - Hańba na tego plugawego zdrajcę – Diego podniósł gwałtownie głowę, tak iż zobaczyli gniewne, czarne oczy mężczyzny - Dominic był z nami pięć lat, był naszym współbratem... A kiedy dostaliśmy wiadomość, że czas działać... plugawiec okazał się zdrajcą!  
 - Opowiedz, co się stało – rozkazał Alaric, odsuwając się nieco od drzwi.
 - Mieliśmy się zebrać o świecie. Wiedzieliśmy, że Zgromadzenie lada chwila tu dotrze ale też wiedzieliśmy, że pojawią się ludzie od Danego od Boga by nas wesprzeć. Dlatego mieliśmy ustalić kto będzie obserwował działania Zgromadzenia podczas gdy reszta miała udać się na spotkanie z wami – zaczął opowiadać, już nieco opanowanym tonem – Zostałem wytypowany by obserwować Zgromadzenie, zatem udałem się w rejony naszego Parku Rezerwacyjnego, nad jezioro, gdzie Zgromadzenie rozbiło obóz. Udawałem rybaka, który przyszedł na łowy. Po trzech godzinach zaniepokoiłem się tym iż nie dostawałem żadnych informacji od współbraci. Mój telefon milczał a umówiliśmy się, że będziemy w stałym kontakcie. Już chciałem zadzwonić, gdy dostałem sms’a – tu wyciągnął z kieszeni spodni stary telefon i pokazał treść wiadomości.
 - Dominic zdradził. Uciekaj! – Lola odczytała na głos.
 - Nie namyślając się dłużej, starając się zachować pozory, uciekłem. Wróciłem do miasta i odczekałem godzinę. Kiedy nie zauważyłem nic niepokojącego wróciłem do naszego domu, gdzie znalazłem współbraci martwych – w tym miejscu głos Diega lekko załamał się. Mężczyzna odwrócił od nich swoją twarz – Otruł ich podczas posiłku, bo wiedział, że nie pokonałby ich w walce w ręcz – oznajmił ciężkim tonem.
 - Przyczaiłeś się i pod osłoną nocy postanowiłeś nawiązać z nami kontakt – domyślił się Alaric – Ale skąd wiedziałeś, że to my?
 - Mój kuzyn pracuje w porcie. Zadzwonił i poinformował o pojawieniu się grupki ludzi rozmawiających po angielsku. Wychwycił słowa mu potrzebne: krzyż i gwiazda Dawida – wyjaśnił Diego.
 - Skąd mamy pewność, że nie tylko Dominic zdradził? – Boyd wyciągnął zza pleców broń, którą tam włożył idąc do pokoju obok. Przezorny zawsze ubezpieczony, powtarzał zawsze.
- Musicie mi jakoś zaufać bo i wy bacie w swoim gronie zdrajcę i to bardzo wam bliskiego – odpowiedział Diego, na co reszta drgnęła niespokojnie. Skąd u licha mógł wiedzieć, że i oni maja kreta? Na to jednak nie mieli czasu  – A czas nagli, bo zapewne Dominic zdążył już powiedzieć, gdzie jest artefakt – ciągnął Diego, podnosząc się z krzesła.
 - Więc, co proponujesz? – zapytała Lola z zaciekawieniem. W końcu jakaś akcja zaczynała się dziać.
 - Odciągnąć ich uwagę – odpowiedział prosto, uśmiechając się tajemniczo.

wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 28



A/N: Nie mam pojęcia czy ktoś jeszcze czyta to opowiadanie ale jeśli tak to dla wytrwałych obiecany rozdział :) Wen bardzo ostatnio nie dopisywał :/ Ale sie na chwilę odnalazł dlatego podsyłam. Trzymajcie kciuki by w Nowym Roku było lepiej. Życzę Wam udanego Sylwestra i duuuuużo wena w Nowym Roku!!
**Chandni**

Lahore, Pakistan
André wszedł do katedry Najświętszego Serca znajdującej się w Lahore, mieście położonym na wschodzie Pakistanu, tuż przy liceum pod wezwaniem świętego Antoniego. Katedra powstała na początku XX wieku i była zbudowany z czerwonej cegły, a oni potrzebowali czegoś starszego, znacznie starszego. A przynajmniej tak im się wydawało. Jednakże podczas wczorajszego rozeznania jakie zrobili zaraz po przyjeździe do miasta, zauważyli symbol, o którym niedawno powiedział im Modo - symbol Chi-Rho z wpisanymi liczbami 5 i 3, który znajdował się na cegle w fasadzie tuż nad bocznymi drzwiami wejściowymi do katedry, w pobliżu dużego, okrągłego ornamentu, który odciągał uwagę przechodniów od małego malunku wyżłobionego w cegle. Mogło to oznaczać iż natrafili na właściwe miejsce bez zbędnych problemów i długiego poszukiwania. Ale coś podpowiadało Phillipsowi, że jednak tak łatwo może im nie pójść, zwłaszcza, że odczyty radioaktywne, termalne i sejsmologiczne nie wykazywały żadnych szczególnych uchybień od normy. Dlatego też André przekonał agentów, którzy z nim byli by rozejrzeli się po samym wnętrzu katedry.
 - Myślisz, że możemy tu coś znaleźć? – zapytał półszeptem Sam, rozglądając się po wnętrzu bazyliki. Miał dziwne uczucie jakby swoją obecnością bezcześcili to święte miejsce.
 - Nie dowiemy się dopóki nie rozejrzymy się – oznajmił André, wzruszając ramionami. Szedł uważnie rozglądając się; patrzył na sufit, na skromne ornamenty na ścianach, brązowe ławy dla wiernych, majestatyczne figury świętych, które spoglądały na nich z góry jakby niemo obserwując ich każdy ruch. Sam i ich towarzysz, Eric Petcau, podążyli jego śladem i również rozglądali się uważnie zaglądając w każdy zakamarek, łącznie z konfesjonałami. Katedra była sporych rozmiarów, a oni nie mieli zbyt dużo czasu na szukanie wskazówek. Tak naprawdę to Katedra była ich pierwszym miejscem, w którym zaczęli szukać i jeśli tu niczego nie znajdą to tylko stracą cenny czas na dalsze poszukiwania a nie wiedzieli na jakim etapie byli ludzie Zgromadzenia. Phillips próbował sobie wyobrazić, gdzie – na miejscu Misjonarzy – umieściłby jakąś wskazówkę; nie wierzył, że artefakt znajdował się w katedrze. To byłoby zbyt proste, zakpił w duchu.
 - Andrè! – zawołał nagle Sam, który klęczał na posadzce obok starego bocznego ołtarza, który był akurat w remoncie. Phillips wątpił by agent postanowił pomodlić się do jakiegoś świętego o pomoc we wskazaniu właściwego miejsca, zatem mężczyzna musiał na coś natrafić. Czym prędzej podbiegł zatem do agenta.
 - Tu jest nasz symbol – wskazał rękę i nachylił się. Delikatnie dłonią przejechał wokół wyżłobień – Nie pasuje tu zupełnie. Cała posadzka jest z biało-czarnych kafli a to jest piaskowiec i to zdecydowanie za duży – oznajmił, spoglądając na swoich towarzyszy.
 - Katakumby? – zapytał Eric, marszcząc brwi i kucając obok kolegi.
 - Nie dowiemy się dopóki nie ruszymy tej płyty i nie zajrzymy do środka – odpowiedział Sam i chwycił za swój plecak – Niech jeden z was stanie na czujce – polecił i uśmiechnął się widząc potrzebne przyrządy leżące pod rusztowaniem jakie stało w pobliżu remontowanego ołtarza.
         Nie trwało to nawet piętnastu minut; Sam błyskawicznie i sprawnie uporał się z bryłą z piaskowca i już po chwili ukazało im się wejście do katakumb.
 - Nie ma schodów – zauważył Eric, świecąc latarką do wnętrza. Nie podobało mu się to wcale ale miał nadzieję, że jednak tam na dole coś znajdą.
 - Zrobimy tak. Ja i Andrè zejdziemy na dół po linie. Eric będziesz stał na czujce i jednocześnie asekurował zejście – oznajmił Sam. Wiedział, że każda minuta się liczyła więc musieli działać szybko. Wyciągnął z plecaka linę do wspinaczki. Miał nadzieję, że lina ma wystarczającą długość. Jeden jej kraniec przywiązał do kamiennego posągu przedstawiającego, o ironio, świętego Antoniego, a drugi kraniec spuścił do wnętrza dziury.
 - W razie czego nadam sygnał na G-shock’a – oznajmił Petkau, kiedy Phillips zniknął w dziurze a następnie do zejścia, z latarką w zębach, na dół szykował się Brandley.
 - Trzy metry – usłyszał Sam, będąc w połowie zejścia na dół i spojrzał na Phillipsa, który rozglądał się po pomieszczeniu, do którego i Brandley schodził.
 - Masz coś? – zapytał, chowając latarkę na chwilę do kieszeni kurtki i  zeskakując ostatnie pół metra, sprawiając iż kurz uniósł się do góry i wdarł się do jego nozdrzy, drapiąc niemile w gardło. Sam stłumił kichnięcie – Ludzie, tona tu tego – zamachał dłonią przed twarzą.
 - No co ty nie powiesz – sarknął Andrè – Tu jest zejście do drugiego pomieszczenia. Tu oprócz kurzu i pajęczyn nie ma niczego. No nie wliczając pająków i zapewne szczurów – archeolog wyszczerzył się w wyzywającym uśmiechu i ruszył schodami do drugiego pomieszczenia. On nie miał doświadczenia w akcjach agentów federalnych ale teraz mógł się odgryźć bo widział jak zieloni w archeologicznych sprawach byli agenci Icarusa. Chociaż jeżeli miał być szczery to Sam nawet dobrze sobie radził. Ale najwyraźniej to dlatego, że znał Nathana. Ale samo znanie Nathana nie czyniło cię specjalistą od archeologii. Nagle Phillips zatrzymał się. Przed nim, na środku ciemnego pomieszczenia znajdował się sarkofag.
 - Czy myślisz o tym o czym ja myślę? – zapytał Brandley podchodząc bliżej i przyglądając się sarkofagowi.
 - Nie jest podpisany, ale wygląda na bardzo stary. Niech no ja się chwilę przypatrzę… - Phillips nachylił się i zaczął badać grobowiec. Palcami jednej ręki dokładnie badał strukturę i rzeźbienia. Drugą ręką przyświecał sobie. Szczelina oddzielająca wieko od reszty grobowca była widoczna i wystarczyło podważyć wieko by dostać się do środka. Nie był on zbytnio zabezpieczony.
 - Średniowiecze? – dopytywał Sam, obserwując poczynania młodego archeologa.
 - Mogłoby się tak zdawać na pierwszy rzut oka ale jest zbyt bogaty. Stawiałbym na późniejszy okres – oznajmił – Pomożesz z wiekiem? – z tymi słowami wziął latarkę w zęby i chwycił z jednej strony za wieko. Sam zrobił dokładnie to samo z drugiej strony. Ostrożnie odsunęli wieko i z bijącym sercem zajrzeli do środka. Ich oczom ukazał się szkielet mężczyzny ubranego w wypłowiały czarny habit i okryty białym płaszczem z dużym czerwonym krzyżem.
 - Poznajesz? – zapytał Andrè, spoglądając wymownie na agenta i ostrożnie sięgając pod płaszcz – Coś tu trzyma w dłoni – oznajmił.
 - A ten sygnet? – zauważył Brandley srebrny pierścień, który widniał na kościach palca. Agent ostrożnie sięgnął po niego ale go nie ściągnął. Wyciągnął swój telefon i zrobił zdjęcie – Potem sprawdzimy – oznajmił – A ty co masz? – Andrè nie zdążył odpowiedzieć; ciszę przerwało pikanie na zegarku Sama - Czas się zbierać, chyba mamy towarzystwo – oznajmił. Phillips skinął głową i szybko schował zawiniątko do worka marynarskiego jaki miał przewieszony przez ramię i obaj mężczyźni pośpiesznie zakryli grobowiec wiekiem. Biegiem następnie udali się do pomieszczenia gdzie była lina.  
         Wyszli w samą porę bo ledwie zdążyli zakryć właz do katakumb, gdy do katedry wtargnęli uzbrojeni najemnicy.
 - Bierz archeologa i wiejcie wejściem od strony zakrystii. Będę was osłaniał – rozkazał Eric, odbezpieczając swoja broń. Wiedział, że nie mają szans w starciu z maszynowymi pistoletami ale musiał odciągnąć uwagę od naukowca i Sama, dlatego pobiegł zupełnie w inną stronę, oddając przy tym trzy strzały w stronę najemników Jugodina.
Sam pchnął Andrè i obaj skuleni zaczęli biec wzdłuż ław, które ich przysłaniały.
 - Eric? – wydyszał Phillips spoglądając przez ramię i pożałował tego. Przez nieuwagę nie zauważył wystającego stopnia, o który zahaczył i wyrżnąłby orła gdyby nie szybki refleks Brandley’a.     
- Poradzi sobie w przeciwieństwie do ciebie - zakpił ostro Sam, spoglądając gniewnie na archeologa – Zbieraj troki – rozkazał, ciągnąc go za poły koszuli. Byli już przy drzwiach zakrystii, gdy nagle z jej wnętrza wyłonił się rosły najemnik.
 - Księżula nie ma ale ja wam pomogę – prychnął mięśniak i natarł na Brandley’a. Sam zrobił unik i kolbą pistoletu zdzielił go w twarz.
 - Słabizna – prychnął mięśniak, wyszczerzając się w kpiącym uśmiechu. Sparował kilka ciosów Sama kpiąc przy tym z agenta cały czas.
 - Sam – zaalarmowany ton głosu Phillipsa dał znać Brandley’owi, że towarzysze mięśniaka zbliżają się w ich kierunku.
 - Do zakrystii – rozkazał Sam, nacierając na mięśniaka niczym napastnik rugby. Obaj mężczyźni polecieli na drewniany konfesjonał. Sam w ostatniej chwili uniknął zderzenia z drewnianymi drzwiczkami, odskoczył lecz zaraz przypadł ponownie do osiłka wymierzając mu kilka precyzyjnych ciosów i pozbawiając go przytomności – Twoje grzechy są ci zatrzymane – prychnął Sam i unikając kul, wbiegł do zakrystii.
 - Nie ma wyjścia! – usłyszał przerażony głos Andrè, który nerwowo poprawiał worek marynarski jaki miał na plecach, a w którym znajdowało się ich znalezisko.
 - Jak to nie? – prychnął Brandley, uśmiechając się złowieszczo – A okno? – z tymi słowami wycelował w witrażowe okno i strzelił – Czas nas nagli – oznajmił widząc przerażoną minę archeologa.
 - Żartujesz?! – pisnął przerażony Andrè, ale posłusznie wziął rozbieg i wyskoczył za Samem. Obaj spadli na maskę starego pick-upa, który był zaparkowany pod oknem, a który najwyraźniej należał do zakonników.
 - Pożyczymy sobie dziadka – oznajmił Sam, chwytając za fraki Phillipsa i zrzucając go niemal z maski samochodu. Obaj wskoczyli do środka; Sam zajął miejsce kierowcy a Andrè pasażera.
 - Tylko niech odpali – błagał Sam, przekręcając kluczyki w stacyjce, nawet się nie zastanawiając nad inteligencja księży, którzy w takim kraju jak ten, pozostawili kluczyki w samochodzie. Ale najwyraźniej rzęch nie kusił tutejszych swoim wyglądem jak i zapachem.
 - Łajno nim przewozili? – Andrè zatkał nos i zaczął mocować się z korbką do otwierania szyb.
 - To nasz najmniejszy z problemów – oznajmił Sam, spoglądając w tył i z piskiem wycofując.
 - Gdzie teraz? – zapytał Phillips, lecz po chwili skulił się na fotelu – Ja pierdolę! – wrzasnął, gdy kula przeleciała tuż obok jego skroni a w przedniej szybie pojawiła się dziura po pocisku.
 - Jak najdalej stąd! – odpowiedział mu Brandley jakby to miało przerażonemu archeologowi w pełni zobrazować nowy plan działania.